Next Prev
 

Menu

Urszula Zajączkowska pisze o literaturze w czasach zarazy

Tagi: , , ,

CO PO LITERATURZE W CZASACH ZARAZY?
Poprosiliśmy o odpowiedź na to pytanie autorki nominowane w 2020 roku do Nagrody Gombrowicza. Otrzymane teksty publikujemy na naszej stronie.

Tym razem odpowiada Urszula Zajączkowska, autorka książki „Patyki, badyle”.

Pisanie jest formą znikania, niebycia, prawie nieoddychania, niepicia, niejedzenia, w jakimś też stopniu niewidzenia. Nic z tego nie jest wtedy przedmiotem zastanowienia, metaboliczna całość ta, jest nieistotna.

Zatem czy w czasach bardzo dziwnej mobilizacji świata, zaznaczania granic, restrykcji, zamykania człowieka w czterech ścianach – dla jego ochrony przed niewidzialnym i groźnym patogenem – będzie działało na pisanie, na wyobraźnię i słowa? Być może.

Wiem, że mnie to jednak nie dotyczy. Tkwię bowiem w głębokiej samotności w czasie konstruowania myśli w esejach, skubania słów w wierszach, czy ubijania konkretów językiem precyzji w nauce. Zwykle przeskakuję z jednej ścieżki w drugą, bez bólu. I jestem tam tylko ja.

Tak i sama robię sobie wtedy lockdown, zakładam maseczkę nierozpoznawalności, filtrującej moje wydechy w możliwie jak potrafię czyste zdania. Nigdy nie są czyste.

Fakt odosobnienia, tkwienia za grubym kloszem własnego odcięcia od wszystkiego co dzieje się na zewnątrz jest niezależnym bytem, jest też koniecznością by pisać. Mogę nawet zaryzykować, mówiąc – że jest zbawieniem. Nie trzeba się tłumaczyć. Zamknięta w moim małym domu w ogrodzie, wiem, że jest mi wtedy dobrze. Skupiam się wreszcie na detalach ogrodu. Dostrzegam małe grudki ziemi oblepiające kryształki ziarnka piasku, dzikie kępy pokrzywy pod płotem, skrzypy, jakie przywiozłam z laboratorium po eksperymentach – wszystkie żyją, całkiem normalnie. Pewnie nie miałabym szansy na te ułamki wzruszeń, gdybym nie była zmuszona nie wychodzić stąd.

Dlatego nie wiem, czy w jakikolwiek sposób czas panowania wirusa nad ludzkością będzie dla mnie innym czasem niż przed nim, albo po nim. Widziałam już tyle kasacji, rzezi i plag w lasach, masowego wymierania drzew, chorób przeróżnych nad którymi głowili się naukowcy i do niczego nie doszli, w czasie, gdy choroba sama ustąpiła, czyniąc to zjawisko nieopisywalnym – można powiedzieć – cudem. Tylko, że to wszystko dotyczyło innych. Nie człowieka. Nie było takiego lamentu, że giną wiązy na całym świecie – w porównaniu z tym co dziś, że giną ludzie na tym samym przecież świecie.

Więc ta nasza, ludzka zaraza nie wpływa na mnie właściwie wcale. Ani na moje pisanie. Być może trzeba poczekać, pożyć, przeżyć lata, aż literatura zamknie to w czym tkwimy już tak długo – w słowie, w jakiejś nowej opowieści. Najprawdopodobniej ja będę wtedy gdzie indziej.