Next Prev
 

Menu

Hymn prekariatu, czyli „Pustostany” Doroty Kotas

Tagi: , , , ,

Hymn prekariatu

Bohaterką powieści Doroty Kotas jest pewna kamienica na Grochowie, nieopodal placu Szembeka, pustostan, opuszczony przez lokatorów, którzy dawno temu umarli na raka i pozostawili po sobie mieszkania pełne ubrań, roślin doniczkowych i jedzenia, które daje się czasem odzyskać mimo dawno przekroczonych dat przydatności. Dla Narratorki wszystko jednak daje się odzyskać, mieszka w pustostanie, choć dokładniej byłoby powiedzieć, że go zaludnia: dosłownie wchodzi w buty zmarłych, przymierza ich ubrania, ocala resztki istnienia dawnych użytkowników, powołuje ich z powrotem do życia. W ten sposób „szmaty stają się ubraniami”. Narratorka włamuje się do cudzych mieszkań i tropi ślady bytności. Zdarza jej się nawet czytać cudze listy adresowane do zmarłych i ożywiać korespondentów, odpowiadając na nie.
Bohaterka jest idealną programową prekariuszką, przez większą część życia bezrobotną albo imającą się przygodnych zajęć, jak praca baristy w kawiarni albo sprzedawczyni w kiosku, gdzie wytrzymuje całe pół godziny i udaje się jej sprzedać jeden produkt. Wyobraża sobie – a cała powieść jest nieustanną grą jej wyobraźni – świat jako miejsce, w którym „kwiaty, jedzenie, mieszkanie, ciepło, komunikacja miejska i okulary przysługiwałyby każdemu za darmo”.
Nieco zagadkowy jest jej stosunek do ludzi. Z jednej strony jest mizantropką powtarzającą co rusz, że „ludzie są najgorsi” (tytuł rozdziału). Unika ich jak ognia, jej ulubionym towarzystwem po sąsiedzku są przecież zmarli, stara się trwać „jak najdalej od prawdziwego życia, w którym ludzie mają obowiązki, plany, zamiary, ambicje, założenia”. Narratorka jest „certyfikowaną podglądaczką” i widzi świat trochę jak wielkie akwarium, oddzielone od niej solidną szybą, jak oceanarium, w którym sama nie pływa, tylko je obserwuje: „oceanarium – prawie pozbawione roślin, ale pełne skomplikowanych dekoracji z betonu. Sporo tam zabawek, na przykład pieniędzy i samochodów, oraz dużo ruchu, dzięki któremu miasto faluje, przelewa się i wycieka na zewnątrz przez swoje szczeliny. Ludzie za oknem (moje ulubione zwierzęta) otwierają i zamykają usta, z których nie wydobywają żadne dźwięki”.
Z drugiej jednak strony ta mizantropka opisuje i obcuje z ludźmi z wielką empatią. Potrafi zorganizować na podwórku pustostanu wielkie przyjęcie na sto osób, przyjaźni się z Hanią, z dwiema emerytkami wspólnie włamuje się do opuszczonych mieszkań. „Pustostany” są melancholijnym i czułym – z czułością dawnej orwowskiej kliszy – opisem społeczności placu Szembeka, Grochowa, Pragi Południe. Melancholia wynika tu także z samej zasady pisania. Autorka używa wprawdzie zdań złożonych podrzędnie, ale zasadą powieści jest nieprzekraczalna parataksa, opanowana przez niekończące się enumeracje. Wszystko jest tu na tym samym poziomie, sprzęgnięte współrzędną składnią. Wystarczy otworzyć książkę na dowolnej stronie. Tak też można ją czytać, od i do dowolnej strony, rozdziały nie następują tu po sobie, ale współistnieją. Podobnie jak rzeczywistość, która nie ma celu, nie dąży do niczego, tylko trwa.
Na stu osiemdziesięciu stronach Dorota Kotas układa w ten sposób piękny hymn prekariatu, rzeczowy i liryczny, absurdalny i logiczny, mizantropijny i wspólnotowy. Ani jednego fałszywego tonu.

Zbigniew Kruszyński